SNY

SNY

Śnią Ci się sny platynowe
Suknie, buciki balowe
Świat kryształowy, co śpiewa
Słońce, co zimno rozgrzewa

Śnią Ci się jasne mgławice
Księżyc, gwiazd cudnych winnice
Drzewa na wietrze kłoniące
Ogrody tajemnie szepczące.

Śni Ci się kochań tysiące
Serce z pragnienia gorące
Tulenie, co oddech zabiera
Dotyk, aż dusza zamiera.

Śnią Ci się burze, pioruny
Pożogi, pożary i łuny
Samotność łzami tłumiona
Radość złym słowem strawiona

Kamyk pozłocisty

KAMYK  POZŁOCISTY

Darowałeś mi, Panie, kamyk pozłocisty
By dnie  wrogie wymieniał na świat jedwabisty
By drogi  splątane pomógł mi rozplątać
By czego dać nie chcę, nikt nie mógł zażądać.

I tak byłam w śpiewaniach, kochaniach, miłości
Cała otulona w  baśniowe cudności
Na włosach rozwianych motyle siadały
A  myśli radosne moje serce grzały.

Więc czemu mi, Panie, podarek zabrałeś
A w zamian ból, trwogę nieznaną hojną ręką dałeś?
Dlaczego w walczącą  musiałam się zmienić?
Dlaczego nie słuchasz, losu nie odmienisz?

Wiem, że na próżno błagam Ciebie, Panie
Co raz mi zabrałeś, nie będzie oddane
I chociaż innemu dasz swego dukata
W mej dłoni zostanie złocista poświata.

Zagubiona pomiędzy…

ZAGUBIONA  POMIĘDZY…

Zagubiona pomiędzy niebem a piekłem
Nie wiem, co życiem jest a co słodkim kuszeniem
Pragnę, by błękitu pieszczota spowiła me ciało
Żądam, by spaliły mnie ognie, gdy w czekaniu drżało.

Zagubiona pomiędzy jasnością a mrokiem
Nie wiem, co jest złudy poświatą a co niewidokiem
W sercu mleczne blaski marzeń mych zawieram
Dłońmi trwożne cienie wspomnień złych nabieram.

Zagubiona pomiędzy dobrem a  gniewnością
Nie wiem, co jest wtopieniem a co ulotnością
Czy  świat dookoła tęczą namaluję
Czy w zamgleniu nie moje dary ofiaruję.

Nie – wybranka

NIE  -  WYBRANKA

Nie wybrałeś mnie, Panie, do życia złotego,
Nie wybrałeś mnie, Panie, do nieba swojego,
Nie wybrałeś mnie, Panie do uciech radosnych,
Nie wybrałeś mnie, Panie, do czarowań wiosny.

Za to mnie wybrałeś do dróg trudnych, krętych
W których wciąż się gubię jak w gąszczach przeklętych
I gdy wyprostuję, coś mi ofiarował
Ty na powrót sprawiasz, by mój świat wirował.

Po co Ty  mi dałeś takie trudne życie?
Czemu nie pozwalasz płynąć mi w zachwycie?
Dlaczego co dajesz, potem mi odbierasz?
Po co mnie wydrwiwasz, z nadziei odzierasz?

Ja wiem, że mi powiesz, iż mnie wyróżniłeś
Bo dałeś mi serce, kunsztem obdarzyłeś.
Lecz jeszcze o jedno Ciebie, Panie, proszę
- Zwróć, co mi zabrałeś, wpnij radości broszę.

Czemu mnie, Boże…?

CZEMU  MNIE,  BOŻE?

Czemu mnie, Boże, na próby wystawiasz?
Czemu trwogę wielką w życie moje wkładasz?
Czym Ci zawiniłam, żeś mnie nie ukochał?
Cóżem źle zrobiła, żeś za mnie nie szlochał?

Żyłam, jak kazałeś, jak Ci miłe było,
Że to było mało, ani mi się  śniło,
Zchłyśnięta  tęczą na powrót istnienia
Wierzyłam w Twą dobroć, mój Panie Stworzenia.

Ale Ty odwracasz gdzie indziej oblicze
I znów każesz walczyć o kolejne życie
Nie baczysz, co będzie, gdy mi sił nie stanie
I  wybiorę pustkę nad życia kochanie.

Lecz jam jest wprawiona w boje ponad siły
Po chwilach zwątpienia me moce wróciły
I już wiem, dlaczego doświadczasz mnie, Panie,
- Bo gdzie innych  pyłek, tam mnie nic nie złamie.

Matka żebrząca

MATKA  ŻEBRZĄCA
wiersz ten opisuje autentyczną postać, którą napotkałam w Złotej Bramie w Gdańsku i która bardzo głęboko mnie wzruszyła.

Jak kupka łachmanów w kąt rzuconych
Tak ona siedziała na kamieniach złożonych
W przepięknej Bramy Złotej prześwicie
I kuląc się w sobie – błagała o życie.

Głowę spuszczoną ze wstydu miała
W oczy spojrzeć przechodniom nie śmiała
Gdy w dłoniach drgających jak pisklę zranione
Trzymała kartki krwistoczerwone.

Turyści mijali ją jakby nie widząc
Innych  widoków łaknąc tysiąc
Co nie zmuszały ich do zrozumienia
Co były tylko do podziwienia.

A ona srodze upokorzona
Coraz mocniej kuliła ramiona
Marząc, by jej sromota nie była na marne
By już nie musiała być w rozpaczy czarnej.

Wtem załzawione uniosła oczy
Spojrzała w górę, w błaganiu mocy
Potem z nadzieją spojrzała w kubek
I nie ujrzawszy w nim nic prócz mrówek
Gosem zdławionym tak wyszeptała:
„Ja nie dla siebie – dla Syna żebrałam”.

Amazonka

AMAZONKA

Stoi dumna, władcza, z czołem uniesionym
W ręku miecz trzyma ku niebu wzniesiony
Usta zaciśnięte, w hardość uzbrojone
Brwi jak dwie jaskółki ku sobie zbliżone.

Chociaż już spokojna, walczyć jest gotowa
I o swoje żyje toczyć bój od nowa.
Tę bitwę wygrała – gdy przyjdzie potrzeba
Znowu będzie walczyć, pokonać się nie da.

Cóż może ją zmorzyć, cóż znowu ukrzywdzić,
Cóż może ugodzić, cóż ją może zniszczyć
Gdy w bój zaprawiona stała się mocarną
Tak, jak nigdy przedtem, siłą niezniszczalną.

Ileż Amazonek w naszym świecie żyje
Ile tak, jak ona, moc swoją odkryje
Ile walczyć będzie o swe życie, ciało,
I o pogodzenie z tym, że się jej to stało?

Lecz każda następna z tej przykład pobierze
Każda  patrząc na nią pozostanie w wierze
Ze góry przenosić wszystkie z nich są w stanie
I że w  mocy każdej jest złego pokonanie.

Czwarty raz się urodziłam

CZWARTY  RAZ  SIĘ  URODZIŁAM

Cztery razy się rodziłam
Czwarty raz na świat przybyłam.
Który z nich jest najważniejszy?
Który z nich jest najtrudniejszy?

Pierwszy raz byłam wyśnioną,
Okruszynką wymarzoną.
Z miłości się tu zjawiłam
W szczęście smutek przemieniłam.

Potem niebo me ściemniało
Wszystko we mnie lękiem drżało.
Pokonałam  Księcia Mroku
Nie dałam się pojmać zmroku.

Trzecim razem strach powrócił
Znów ciemności na mnie rzucił.
Głowę przed nim pochyliłam
I znów życie swe barwiłam.

Czwarty raz już sił nie miałam.
Lecz znów cienie pokonałam.
Oto jestem tak, jak byłam,
Oto znowu się zrodziłam.

Który raz jest najważniejszy
Który raz jest ten cenniejszy
Który dał mi siłę moją
Który w życiu mym jest zbroją?

Gołąb

GOŁĄB

Stał na poręczy balkonu i tęsknym wzrokiem patrzył tam, gdzie jeszcze do niedawna było jego gniazdo.
Bo oto nie miał już swojego domu. To, które nim było przez wiele, wiele miesięcy nie należało już do niego.
A to przecież tu  z trudem wydobywał się ze swojej  twardej skorupki. Tu otwierał szeroko dziobek czekając na  posiłek , który  niestrudzenie  dzień w dzień usiłowali  zdobyć jego rodzice. Tu rozpychał się w ciasnym gnieździe  usiłując wymościć się w nim jak najwygodniej. Tu  w chłodne, wiosenne noce przytulał się do    swoich braci, aby ogrzać  w ich cieple swoje maleńkie zziębnięte ciałko. Tu z przerażeniem patrzył,  jak  najsłabsza  z sióstr przez jeden nieostrożny ruch wypadła z gniazda i rozbiła o cementową podłogę balkonu.
Tu wreszcie po raz pierwszy rozpostarł skrzydła i niepewny jeszcze swoich sił, a potem coraz śmielej próbował swoich pierwszych lotów.
A teraz  jego  gniazdo nie było już jego gniazdem. Nie było   miejscem,  do którego zawsze mógł wrócić, złożyć zmęczone skrzydła, w którym w deszczowe dni z głową wciągniętą w ramiona mógł  patrzeć  na drobne kropelki  skapujące z dachu,  w   gorące  chłodzić swoje rozgrzane słońcem ciało w zacisznym cieniu a  w zimne  skryć się przed  porywistymi podmuchami wiatru.
Gołąb  czuł, jak  jego maleńkie  serduszko trwożnie  bije ze strachu przed nadchodzącymi dniami.
A potem ostatni raz spojrzał  na miejsce,  które do niedawna jeszcze było jego domem, rozpostarł szeroko skrzydła i odleciał w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.

Gdy pytam, odwracasz głowę

GDY  PYTAM,  ODWRACASZ  GŁOWĘ

Gdy pytam, odwracasz głowę
Patrzysz w dal dla mnie niedostępną
A przecież sto lat jestem tu przy Tobie
I pragnę, byś istniał nadal tylko ze mną.

Gdzie się podziały te dni topazowe
Gdy jutro dzisiejszym dniem się stawało
A każde słowo było malinowe
I czułych wyznań było nam wciąż mało?

Przecież mówiłeś, że będziesz trwał wiecznie
Że kim Ty dla mnie, ja dla Ciebie jestem.
Więc czemu teraz ja jestem czekaniem
A Ty chcesz dla mnie stać się tylko mitem?

Jakże ode mnie odejść Ci pozwolić
Gdy każda ma cząstka do Ciebie należy?
Jakże od kochania Ciebie  się wyzwolić
Gdy serce moje w odejście nie wierzy?

Więc proszę, spójrz na mnie jeszcze raz ostatni
I zaprzecz temu, czego się tak lękam.
Wyplącz mnie z niebytu uczuć Twoich matni
I nie daj, by została mi tylko tęsknoty udręka.