Zjawiasz się…

ZJAWIASZ  SIĘ…

Zjawiasz się  w snach miękkich jak puch biały
Sprawiasz, by na niebie gwiazdy migotały
A ich blask świetlisty przenikał pokoje
I gdzieś w dal odeszły wszystkie życia znoje.

Lecz jesteś złudzeniem, kruchą marą senną
I tak, jak złudzenie ciągle jesteś zmienną
Raz jesteś Aniołem, raz Diabłem wcielonym
Raz Uwodzicielem, raz Gniewem szalonym.

Do serca przytulasz słodkie miłowanie
By zaraz odrzucić miłe całowanie
A potem uwodzisz miodnymi słowami
By w chwili następnej być grzmotów gniewami.

Kimże więc Ty jesteś gdy tak w snach przychodzisz?
Dlaczego się gniewasz i kogo uwodzisz?
Komu się  pojawiasz a komu wciąż znikasz?
Czemu jest Cię wielu i jawy unikasz?

Złote kaczeńce

ZŁOTE  KACZEŃCE

Popatrz, jak  pięknie dziś świeci słońce
Więc wepnij we włosy złote kaczeńce
Pozwól się muskać Zefira tchnieniom
Poddaj się morza błękitnym lśnieniom.

Zatańcz na niebie z tęcz obłokami
Roziskrzyj suknię snów kolorami
Niech Cię w ramionach księżyc unosi
Niech Cię do szaleństw Eros zaprosi.

Łuną pragnienia swoje rozjaśnij
Serca kochanków podstępnie skradnij
Bo w co najcudniejsze jesteś  bogata.
Bo jesteś Królową całego świata.

Dzień i Noc

DZIEŃ  I  NOC

Przychodzisz do mnie jak dzień najśliczniejszy
Jak promyk słońca ciepły, milejszy
Ogrzewasz w dłoniach lodowe sploty
Wtulasz w me serce cudne tęsknoty.

Gdy wichry losu czas mój zawieją
Gdy tęcze na niebie moim ciemnieją
Ty szepczesz do mnie czule, łagodnie
Całujesz usta moje miłośnie.

Przychodzisz do mnie jak noc chmurna, ciemna
I moja namiętność jest już daremna
W Twych oczach nie lśnią złote bursztyny
Gdzieś znikły uczuć Twych seledyny.

Jesteś jak burza, jak huragany
Odsłaniasz świat Twój dla mnie nieznany
Niszczysz marzenia me poziomkowe
Odganiasz z oczu sny malinowe.

Nie przychodź do mnie, gdy jesteś Nocą
Przyjdź Dniem – bo wtedy ognie serc naszych migocą.

Nie…

NIE…

Nie łap życia, jak byś już je utraciła
Uwierz, że to jeszcze nie ostatnia chwila
Zwolnij w biegu, który wiedzie na moczary
Nie wymieniaj tego, co masz, na cetnary.

Nie szarp się jak motyl w  brudnej siatce
Nie zamykaj swoich marzeń w ciemnej klatce
Rozwiń znów w przepychu skrzydła kolorowe
Nie tłamś w sobie tego, co tęczowe.

Patrz, jak pięknie czysta woda płynie
Zanurz usta w zieloności jej, w głębinie
Obmyj ciało z czynów niepotrzebnych
Nie miej w sobie ciągle myśli gniewnych.

Kołysz spokojnością  swoje drogi
Jeszcze czas masz, by przekroczyć wszystkie progi
Nie ożywisz chwil, co przeszłość Twą barwiły
Nie uchwycisz tych, które się jeszcze nie zrodziły.

Trzy godziny

TRZY  GODZINY

Trzy godziny – a dla Ciebie całe życie.
Gdy z uśmiechem żegnasz gwiazdy tuż po świcie
Cała  jesteś słońcem  przepełniona
Godzinami, co nadejdą, rozjaśniona.

Drżącą ręką na zegarze czas wyliczasz
Myślą o tym, co ma dziś być, się nasycasz.
I już w Tobie się tęsknoty zapalają
I już ognie Twoje ciało rozpalają.

Gdy nadchodzi czas, na który tak czekałaś
W wulkan się zamieniasz, tańczysz cała
Jak by szatan znów odmienił Twoją duszę
A więc mówisz mu: „tak właśnie muszę,

TAK chcę tańczyć, jak by końca noc nie miała
Bo ja tylko Tobie i szaleństwu się oddałam.
Więc zaczaruj dla mnie te godziny
Spraw, by były nieskończone jak Delfiny”.

Lecz na próżno błagasz, czas oddalasz
Przeminęły chwile szczęścia, które miałaś
Oto stoisz zrozpaczona jak bogini
…Oto znowu czekasz na szaleństwa trzy godziny.

Jaśmin

JAŚMIN

Jest jak tchnienie wspomnień pięknych
Pragnień nigdy nieulękłych
Marzeń jak sen posrebrzystych
Przeżyć w żarliwości czystych.

Cały kwieciem obsypany
Stoi tu, zaczarowany
W chwil niezwykłych upojenie
W bajki mgnień niezapomnienie.

Wonią miodną doń zwabiona
W miękkość pyłku otulona
Z kwiatów słodycz pszczoła piła
Tym, co było, się syciła.

To ja jestem pszczołą  złotą
We mnie się tęsknoty plotą
Cudną słodycz wspomnień spijam
W snu marzenia się owijam.

Dlaczego lód…?

DLACZEGO  LÓD…?

Dlaczego kwiat  płatki kuli zaledwie rozkwitłe
Zmieniając barw powab na smutku brązowość?
Wszak listki urodne w przepychu zastygłe
Zmieniają rozpacze w tęsknoty cudowność.

Dlaczego księżyc w podróży swej cichej
Płynie po niebie w kolebkę zniknienia?
Wszak w jego poświacie, wśród srebrności kruchej
Są czułych kochanków zmysłów uniesienia.

Dlaczego bocian jesienią zamgloną
Skrzydła układa do lotu długiego?
Wszak tu jego dom jest, nad trawą zieloną
I miejsce, gdzie doznał życia beztroskiego.

Dlaczego lód skuwa rzeki bystre nurty
Ściskając w okowach beztroskie płynięcia?
Wszak korzeń życia w jej brzeg ufnie wparty
W lodzie się staje za zawsze zniknięciem.

Wybór

W Y B Ó R

Zgiętymi w łokciach rękoma opierała się o soczystą, ciemno – seledynową trawę. Nogi wyciągnęła daleko przed siebie  dając im możliwość jak najlepszego wypoczynku. Pomarszczoną twarz o zawsze życzliwym, dobrym uśmiechu uniosła ku ostatnim ciepłym promieniom wrześniowego słońca prześwitującym przez zielony baldachim  przydrożnego drzewa.
Znałam ją bardzo mało. Ale to ona   wesoło pomachała mi dłonią, jeszcze przecież obcej,  gdy bardzo przejęta i szczęśliwa po raz pierwszy stanęłam  na  balkonie świeżo zakupionego Domu.
To ona  siedząc w swoim uroczym ogródku  na niziutkim krzesełku  witała mnie pogodnie, wracającą zmęczona z pracy, i dodawała mi otuchy kilkoma ciepłymi, życzliwymi słowami.
To ona częstowała mnie swoimi pięknymi, granatowymi winogronami, które jakby specjalnie w podzięce dla jej dobrego serca i życzliwości co roku owocowały tak obficie.
To ona wreszcie całym swoim zmęczonym, spracowanym sercem kochała- o wiele, wiele bardziej, niż ja – naszą niewygodną, maleńką uliczkę, nasze rzadkie lasy, wiecznie ujadające psy i zakwitające  wiosną kolorowe tulipany.
Kochała to wszystko tak bardzo, że nie potrafiła, nie mogła, zostawić  miejsca, w którym się urodziła, w którym spędziła całe swoje pracowite życie – słodkie dzieciństwo, beztroską młodość, cudowne narodziny  dzieci. Gdzie poczuła pierwsze oznaki  nieubłaganie zbliżającej się starości.
I gdzie ta starość w końcu zapukała do jej drzwi.
Nie potrafiła, choć wiedziała, jak wielkim w tej swojej coraz bardziej niedołężnej starości  jest ciężarem dla swoich dzieci.
A teraz oto leżała spokojnie na trawie sprawiając wrażenie, że położyła się tu  tylko na chwilę, że zapragnęła tylko zaczerpnąć radość i siłę z zawsze dla niej przyjaznej ziemi.
Przechodząc obok uśmiechnęłam się do niej  na przywitanie, skinęłam uprzejmie głową, a ona odpowiedziała mi tym samym. Byłabym poszła dalej, gdyby coś mnie w jej widoku nie zastanowiło. Czy był to trochę mniej pogodny  uśmiech? Czy ledwie widoczny żal w oczach?  Czy sposób, zupełnie dla niej niepodobny, w jaki odprowadzała mnie, wiecznie spieszącą się, wiecznie zaaferowaną,   zawiedzionym  wzrokiem?
Nie wiem. Ale nagle  zatrzymałam się i spytałam :
- Wygrzewa  się pani na słoneczku?
- Nie…Tylko tak mnie jakoś…sparaliżowało.
Nie powiedziała nic więcej. Żadne słowo skargi nie wydobyło się z jej ust., żadna prośba nie została wypowiedziana…

Nie chciała być  ciężarem…ale była.
Nie chciała  zawadzać…ale zawadzała.
Nie chciała być  wyrzutem sumienia…ale była.
Nie chciała swoim uporem, do którego miała prawo, odbierać spokój bliskim, do którego oni mają prawo.
Nie chciała…
Ale była…

Jak pogodzić?

Tyle lat straconych

TYLE  LAT  STRACONYCH

Tyle lat straconych, nieprzeżytych
Tyle dróg w nieznane nieodbytych
Tyle pieśni nigdy nieśpiewanych
Tylu tak kochanych -  niekochanych.

Motyl, co nad łąką cudnie wzlata
Ptak, co w chmurach skrzydła swe rozkłada
Strumień, co z szelestem cichym płynie
Kwiat podarowany tej dziewczynie.

Miłość biegiem czasu zaginiona
Twarz od twarzy w tłumie odwrócona
Dłonie, które boją się dotyku
Serce, co zamarło w niemym krzyku.

Przepłynęło jak westchnienie nasze życie
Nie potrafiliśmy zatrzymać się w zachwycie
Nad strumieniem, ptakiem, nad motylem
Nie daliśmy kwiatu tej dziewczynie.

Miłość, co przepadła, nie powróci
Tamta twarz na zawsze w tłumie się zagubi
Dłonie nie rozgrzeją się od chłodu
Martwe serce nie zaspokoi głodu.

Teraz więc nad czasem się wzniesiemy
Każdy dzień od nowa przeżyjemy
Nasycimy się do głębi tym, co było
I nie damy, by się życie nasze znów straciło.

Taka sama

TAKA SAMA
Z trudem porusza się po chodniku. Najpierw dziwnym, na wpół okrągłym ruchem zamaszyście stawia przed sobą prawą stopę, by po chwili tym samym ruchem dołączyć do niej lewą. Jej biodra nie poruszają się swobodnie jak u innych ludzi, lecz przy każdym stawianym przez nią kroku w gwałtownym zrywie próbują pomóc opornym nogom.Jej ręce rozpaczliwie rozgarniają powietrze, jakby z całych sił próbowały odepchnąć od niewidzialnej przezroczystości poskręcane ciało.
Widać, jak dużo kosztuje ją każdy kolejny, najmniejszy nawet krok, każdy z trudem zdobyty centymetr chodnika. Lecz niestrudzenie, skupiając się tylko na swym niewiarygodnym wysiłku porusza się ciągle i ciągle do przodu.
Czasami przystaje, z trudem wznosi szczupłą rękę i odgarnia z czoła spocone, jasne kosmyki. Ale nawet wtedy nie pozwala sobie na najmniejsze rozkojarzenie, na najszybsze nawet spojrzenie w bok, jakby obawiając się, że ten nadprogramowy wysiłek odbierze jej możliwość zrobienia kolejnego kroku.
Po chwili z determinacją podejmuje swoją uciążliwą wędrówkę.
Nie wiesz, dokąd idzie – codziennie o tej samej porze, przez wiele tygodni, miesięcy, lat. Nie wiesz też, nie potrafisz sobie wyobrazić ile wysiłku kosztuje ją zrobienie każdego kolejnego kroku. Ale za każdym razem, gdy ją widzisz, ukradkiem obserwujesz jej pozornie nieskoordynowane, chaotyczne ruchy.
Lecz gdy kilka minut później wysiadasz lekko z tramwaju w swoich niewiarygodnie wysokich szpilkach, gdy energicznie, sprężystym krokiem idziesz z wysoko podniesioną głową z zainteresowaniem obserwując mijających cię ludzi, zapominasz o tamtej dziewczynie.
Bo wiesz, że zarówno ona – ta kaleka dziewczyna jak i ty tak naprawdę nie różnicie się od siebie.
Bo zarówno ona, jak i ty, macie swój własny, trudny do zdobycia świat.
Bo zarówno ona, jak i ty, swój chodnik zdobywacie maleńkimi, uporczywymi kroczkami.
Bo zarówno ona, jak i ty każdy swój maleńki sukces okupiłyście olbrzymim, niezrozumiałym dla innych wysiłkiem.
Bo zarówno ona, jak i ty, często musicie przystawać dla nabrania sił i odwagi do dalszej drogi.
Bo zarówno dla niej, jak i dla ciebie każda najmniejsza wygrana ze swoją słabością walka ma niepowtarzalny, słodki smak zwycięstwa.
Jesteście różne – ale  takie same.