Wspomnienie

WSPOMNIENIE

Mojemu Mężowi

Wspomnieniem jest lato jak morze szumiące
I wierzby nad rzeką tęsknotą płaczące
I chatka drewniana w lesie zagubiona
I z jarmarku chusta wiatrem przepojona

Wspomnieniem jest przyjaźń, jaka się nie zdarza
I w podróż zabranie przez z bajki żeglarza
I lalka cudowna, sercem nasycona
I łąka puszysta, tęczami kwiecona.

Wspomnieniem jest miłość jak gazela płocha
I od skał odbite cudowności echa
I niebo z gwiazdami pocałunki ślące
I zauroczenia pragnieniami drżące.

Ale Ty wspomnieniem nigdy się nie staniesz
Bo jesteś mą siłą, moim ukochaniem
I to dzięki Tobie lśnię jak promyk słońca
I tylko dla Ciebie chcę być zawsze lśniąca.

Starsze panie z liliowymi bukiecikami

STARSZE  PANIE  Z  LILIOWYMI  BUKIECIKAMI

Od czasu do czasu spotykałam je w autobusie. Wsiadały ostrożnie, delikatnie stawiając stopy na stopniach autobusu, jakby w obawie o swe kruche ciała. Zawsze były ubrane w eleganckie, granatowe kostiumy, białe bluzki- czasem z żabotami, czasem z koronkowymi kołnierzykami- a do klap marynarek przypięte miały maleńkie bukieciki fiołków. Wokół nich unosił się delikatny zapach konwalii. Ich twarze o misternie rzeźbionych rysach rozpogadzał spokojny, ciepły uśmiech, a w oczach igrały im chochliki. Wyglądały jak łagodne anioły, rozsiewając wokół siebie coś nieuchwytnego, ulotnego- może to właśnie ta łagodność, może pogodzenie się z mijającym czasem, a może spokój oczekiwania na to, co nieuniknione…
Uwielbiałam te starsze panie. Zawsze na przystankach rozglądałam się, czy nie wsiadają. Tęskniłam za ich widokiem, za tym czymś, co zawsze niezmiennie im towarzyszyło.
Czasem wsiadały- każda oddzielnie, w inny autobus, w innym czasie. I od razu czułam, jak cichły wszystkie moje burze, jak otula mnie miękka łagodność, a moje serce ogrzewają ciepłe promienie.
Przyrzekłam sobie wtedy, że gdy kiedyś ja sama będę taką starszą panią, zawsze będę ubierała się w granatowe kostiumy z białymi bluzkami a w klapy marynarki będę przypinała maleńkie bukieciki fiołków. I zawsze będę pachniała konwaliami…

Chociaż jestem już starszą panią, nie mam jeszcze granatowego kostiumu ani białej bluzki z żabotem, w kalpy marynarki nie przypinam bukiecika fiołków i nie pachnę konwaliami. Ale bardzo się staram, aby na mojej twarzy zawsze gościł życzliwy uśmiech a w oczach igrały  chochliki.
…A zapach konwalii na zawsze pozostał jednym z moich ulubionych zapachów…

Tu mieszkam

TU MIESZKAM
Na początku niespecjalnie podobało mi się to Miasto. Wydawało mi się j szare, ponure, zaniedbane.
Aż któregoś dnia….
Miejsce, w którym mieszkamy, jest dość oddalone centrum. Dojazd też nie jest zbyt dogodny, więc często, aby się gdzieś dostać, zmuszona jestem iść kilka kilometrów na piechotę.
Tego właśnie dnia musiałam udać się do przychodni specjalistycznej. Ponieważ bardzo nie lubię się spóźniać, wyszłam z Domu dużo, dużo wcześniej. I oczywiście okazało się, że mam jeszcze całe mnóstwo czasu. Postanowiłam więc przejść się po Mieście.
I zobaczyłam coś, czego nigdy bym nie zobaczyła, gdybym na ten spacer z konieczności nie poszła. Właściwie nawet nie zobaczyłam, a poczułam. Bo przecież jadąc z Mężem tymi uliczkami widziałam już przecież te urocze wille, maleńkie domki…
Ale teraz, z każdym następnym krokiem, czułam, że to moje miejsce, moje miasto. Że niezauważalnie dla siebie samej stałam się jego częścią.
…A oto malutkie podwórko otoczone ze wszystkich stron kilkupiętrowymi domami. Przed nimi ludzie założyli  sobie śliczne ogródki. Teraz pracowicie ogradzają je siatką, kopią ziemię, wymieniają się uwagami. Obok przechodzi dziewczynka- trzyma w ręku niebieski balonik. Przejeżdża na rowerze chłopiec, dumny, że w końcu posiadł tę trudną sztukę. Psy obwąchują się wzajemnie, jakby sprawdzały, który z nich jest wrogiem, a który przyjacielem…
Dalej jest uroczy park. Na ławce przysiadła para staruszków. Wstawiają na ciepłe promienie słońca swoje łagodne twarze…
Na ławce obok siedzi objęta młoda para, czule patrząc sobie w oczy. Pocałują się?
I Rynek. Zabawne , żelazne ławeczki, zadbane alejki, tajemnicze latarnie. Na Święta Bożenarodzeniowe pięknie przystrojony lampkami. Tu znajomi i nieznajomi dzielą się opłatkiem, w Sylwestra razem witają Nowy Rok…
A oto bazar. Jest długi, ciągnie się przez trzy przystanki. Można tu wszystko kupić. Meble, ciuchy, ciuszki.
Na bazarze co tydzień kupujemy u tego samego pana jabłka. Są pyszne, pachnące, z własnego sadu. Wymieniamy szybko kilka uwag-„och, jak dziś zimno, a pan musi tu być”,   „a czemu dziś pana mama nie przyjechała? Czy zdrowa?”.
A potem idziemy kupić jajka, ziemniaki, mandarynki – zawsze u tego samego sprzedawcy, bo wiemy, że u niego wszystko jest zawsze świeże.
I miód.  Jest wyjątkowy, miękki jak masełko, apetycznie żółciutki, słodki jak…sama słodycz. Można go jeść łyżeczką- a im więcej je, tym bardziej ma się ochotę na jeszcze… i nigdy nie ma się dość.
W mieście jest kilka bibliotek. Ale ta, z której korzystamy, jest szczególna. Są w niej prawie same stare książki. Są pożółkłe, z rozsypującymi się kartkami, noszące ślady czyjegoś namiętnego czytania. Pachną specyficznym zapachem staroci. Gdy biorę taka książkę do ręki, mam wrażenie, że w świat, który jest w niej zawarty wchodzę nie sama, że spotkam w zaczarowanym świecie  wyobraźni wielu, wielu przyjaciół.
Gdy wychodzimy z biblioteki, drewniana podłoga cichutko skrzypi na pożegnanie…
W naszym Mieście dużo się dzieje. Są koncerty, występy kabaretów, spotkania na Rynku. U nas nie można się nudzić.
I uliczka, przy której mieszkamy…Maleńka, wąziutka, dwa auta nie dadzą rady się minąć. A zimą, gdy spadnie śnieg, muszę przytulać się do siatki, aby nadjeżdżający samochód mógł jechać dalej…
Uliczka jest gruntowa. Nie ma tu chodnika, więc większą część roku toniemy w błocie. Z mojej bramy wchodzimy wprost w kałużę, a gdy uda się jakimś cudem ją wyminąć nie zamoczywszy się, tuż zaraz jest jeszcze większa, a dalej jeszcze jedna, i jeszcze… I choć rzadko udaje mi się przejść suchą stopą, to kocham tę uliczkę, jej pierwotne piękno, niespotykany już gdzie indziej urok…
A w ciepły, letni wieczór mogę usiąść na ganku ze szklanką mleka. Mogę spojrzeć w czyste niebo rozświetlone czerwonymi smugami zachodzącego słońca. Mogę wsłuchać się…w ciszę. I choć jest ona od czasu do czasu przerywana gdakaniem kur czy rżeniem koni, to te odgłosy tylko podkreślają panujący dookoła spokój.

Takie właśnie jest  moje Legionowo.
I takie jest moje niebo…

Promienie Wspomnień

PROMIENIE  WSPOMNIEŃ

Urodziłam się 80 lat temu w pięknej, lecz małej i biednej wsi na kielecczyźnie. Kochałam tę wieś od samego początku, od chwili, gdy tylko byłam w stanie umiejscowić się w otaczającym mnie świecie.
Ale nie była to miłość odwzajemniona. Wieś nie kochała mnie, tak, jak nie kochała żadnego z moich sześciorga Rodzeństwa, i tak, jak nie kochała mojej Mamy i mojego Ojca.
Moją Mamę w wieku 12 lat osierocili oboje Rodziców. Została sama z czwórką  młodszego od siebie Rodzeństwa. Jej całym majątkiem był niewielki spłachetek nieurodzajnej ziemi, ogródek warzywny przy domu, mały sad za domem, który prawie nie rodził owoców, no i oni – całe to rozwrzeszczane bractwo, które jak pisklęta na wiosnę  otwierało dzióbki w nadziei otrzymania  upragnionego pożywienia. I tak jak one garnęły się do swojej opiekunki w poszukiwaniu miłości i bezpieczeństwa, a  moja dzielna Mama,  wówczas przecież mała dziewczynka, starała się im to  zapewnić. Nie wiem, jak jej się to udawało, nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Ale to młoda, łagodna, o gołębim sercu dziewczyna w jakiś niewytłumaczalny sposób potrafiła mądrze rządzić całym swoim ubogim, maleńkim królestwem, potrafiła wprowadzić taki rygor, że wszystkie dzieciaki, niewiele przecież od niej młodsze, słuchały jej bez szemrania, tak, jak być może nie słuchałyby  własnej Matki.  Może rozumiały, że ich starsza Siostra jest ich ostatnią ostoją, jedyną bezpieczną przystanią w tym jeszcze niezrozumiałym dla nich, trudnym świecie?
Na pewno jednak moja Mama była już bardzo zmęczona licznymi obowiązkami, które przecież przerastały siły kilkunastoletniego dziecka, bo gdy cztery lata później do wsi przybył piękny ułan na brązowo – złocistym  kasztanku, bez większego zastanowienia uległa jego i całej wsi namowom i w wieku niespełna 16 lat wyszła za niego za mąż.
Tyle, że wcale nie zrobiło jej się lżej. Bo zaraz zaczęły  rodzić się  jej własne dzieci -  przez kolejnych kilka  lat przyszło na świat sześć Córek i na samym końcu upragniony Syn.
Jak by tego było mało, Mama otrzymała w „spadku” jeszcze jedno dziecko, chłopca, którego matka, kuzynka Mamy, zmarła przy porodzie, wskutek czego ojciec maleństwa w dość oryginalny sposób dał upust swojej rozpaczy  pozostawiając noworodka  z jego zmarłą matką, a sam powędrował w świat.
Mama wychowała więc w sumie dwanaścioro dzieci – a wszystkie prawie w tym samym czasie.
Bieda była olbrzymia. Bo choć mój Ojciec, dzielny, ale wówczas już były  ułan, robił co mógł, aby zapewnić jakie – takie życie swojej nader licznej rodzinie, nie bardzo mu się to udawało. Bo mimo, iż   nauczył się szewstwa i po jakimś czasie naprawiał obuwie wszystkim mieszkańcom bliższej i dalszej okolicy, to zapłata za te naprawy stanowiła  nędzne grosze i nie wystarczała nawet na najpilniejsze potrzeby.
Latem Mama pracowała razem z Ojcem w polu. Nas zostawiała pod opieką najstarszego dziecka, a gdy ono odchodziło w świat, jego obowiązki przejmowało kolejne. I tak rok w rok a to ubywało nas – dzieci, a to przybywało.
Z mojego dzieciństwa nie pamiętam, abym choć raz najadła się do syta. Pamiętam natomiast cudowny smak ziemniaków z mlekiem czy – rzadko – ze słoniną, która była u nas tylko od wielkiego święta. Pamiętam też smak skórki od chleba. Taka skórka była dla nas, dzieci,  wielkim rarytasem. Miąższ chleba należał się Ojcu, ale skórka należała do nas. Jakiż ona miała zapach! W tym zapachu był  wiatr skłaniający łany zbóż do lekkiego kołysania, i złociste słońce dobrotliwie ogrzewające budzący się do życia świat  i wreszcie, najważniejsze,  był zapach nadziei – nadziei, że może tym razem wygra się upragnioną skórkę na tej swoistej loterii, która zaraz miała nstąpić.
Bo Ojciec, po zjedzeniu miękkiego miąższu, ściskał skórkę w dłoni i surowym okiem oceniał, które z nas jest najbardziej głodne. Każde z naszej licznej gromady starało się przybrać jak najbardziej wygłodniały wyraz twarzy – co wcale nie było takie trudne, w końcu wszyscy byliśmy
ustawicznie głodni. Ale Ojciec nie dał się zwieść naszym minom i zawsze jakimś sposobem udawało się mu wyłonić z naszej gromady to, któremu najbardziej dokuczały grające marsza kiszki.
Jeśli byłam to ja, czułam się jak w raju. Porywałam z rąk ojca pachnącą skórkę i zaszywszy się gdzieś w kacie z lubością pochłaniałam bezcenny posiłek.
Jeśli wybór nie padł na mnie, wiedziałam, że długo muszę czekać, aby zaspokoić głód.
Tak naprawdę ja i wszystkie inne dzieci chowaliśmy się sami. Nasi zapracowani Rodzice nie mieli czasu, aby się nami zajmować, więc zdani byliśmy tylko na siebie. Mało też mieliśmy czasu, aby uganiać się po polach, bo każde z nas od najmłodszych lat miało swój obowiązek -  starsi chłopcy chodzili z rodzicami w pole a dziewczęta szykowały posiłki, opiekowały się młodszym rodzeństwem lub chodziły pasać krowy . Najmłodsze dzieci, jak tylko skończyły trzy lata, chodziły z gęsiami na pobliską łąkę.  Od najmłodszych więc lat pracowaliśmy w gospodarstwie, bo przecież przy takiej biedzie wszystko trzeba było zagospodarować – nawet wolny czas dzieci.
Ale nie znaczy to, że tylko pracowaliśmy. W nielicznych wolnych chwilach, głównie w niedzielę, dzieci z całej wsi zbierały się na łące i wymyślały zabawy. Najbardziej lubiliśmy kapać się w przepływającej tuż obok  lodowatej rzeczce. Rzeczka była tak płytka, że właściwie nie dało rady  w niej pływać. Ale dla nas, dzieci,  ważna była wspólna zabawa, pryskanie na siebie srebrzystymi kropelkami migającymi w świetle przebijającego się przez rosnące nad rzeczką wierzby słońca, śmiech i  rzadkie chwile dziecięcej beztroski.
Z naszej maleńkiej wsi wszędzie było daleko. Daleko do kościoła – pamiętam, jak w niedzielę, poganiani przez Mamę, wkładaliśmy ubożuchne, ale dla nas odświętne ubrania  i szliśmy  boso kilka kilometrów lasami pokrywającymi łagodne wzgórza.  Żadne z nas nie miało porządnych butów, bo zazwyczaj młodsze dziecko donaszało buty po starszym, tak, że zanim najmłodsze dzieci doczekały się swojej kolejki, to buty były już  do niczego. Ojciec ratował je, jak mógł, a to doszywając łaty ze zdobytego gdzieś kawałka skóry albo mocnego płótna, a to podbijając zdarte obcasy kawałkiem drewna. Nie na wiele to się zdało, tak, że najmłodsze z nas często nie miało butów. Do kościoła  więc chodziliśmy boso, a tylko nieliczni szczęściarze na progu wkładali wyjściowe „buciki”.
Gdy którejś z dzieci skończyło siedem lat, musiało zacząć uczęszczać do szkoły. Szkoła również i wtedy była przymusowa, ale tylko cztery oddziały
Do szkoły było bardzo daleko -  siedem kilometrów, które  musieliśmy dzień w dzień pokonywać pieszo i na bosaka, oczywiście bez względu na pogodę . Buty wszak, jeśli się je miało, wkładało się tylko do kościoła. Więc  latem w pyle drogi, jesienią w błocie a zimą w śniegu szliśmy boso pobierać nauki.
Ale cóż to była za szkoła! Drewniany barak z wiecznie hulającymi w nim przeciągami i my, umorusani i wiecznie głodni uczniowie, którzy zamiast myśleć o nauce, marzyliśmy o pełnej misie ziemniaków z mlekiem. Jak się mogliśmy skupić w takich warunkach?
Nauczyciel był jednak bardzo wyrozumiały, nie obarczał nas zbytnio wiadomościami, chodziło mu tylko o to, abyśmy nauczyli się w miarę dobrze  czytać i pisać. Ale i taka nauka  nie szła nam zbyt dobrze. Uważaliśmy, że czas spędzony w szkole jest czasem straconym, niepotrzebnym, no bo cóż nam przyjdzie z umiejętności czytania czy pisania? Nasza Mama też niezbyt chętnie patrzyła na ten zmarnowany,  w jej rozumieniu, czas. Była ona kobieta niepiśmienną i taką pozostała już do końca życia, uważała więc, że  dla nas najważniejsze jest nauczyć się dobrze pasać gęsi czy żąć zboże. To miał być nasz kapitał na dorosłe życie, a nie jakieś tam niezrozumiałe dla niej znaki. Ojciec może był bardziej uświadomiony, ale przy tylu kłopotach, wszechobecnej biedzie i  ciągłym „uganianiu” się za choćby kilkoma złotymi zupełnie nie miał do tego wszystkiego głowy.
Z odrabianiem lekcji też nie szło nam zbyt dobrze. Po całym dniu nauki i pracy  -  bo przecież uczęszczanie do szkoły nie zwalniało nas z obowiązków w gospodarstwie – byliśmy już tak zmęczeni, że oczy dosłownie kleiły nam się do snu. A tu jeszcze trzeba było przygotować się na jutrzejszy dzień. Jak to zrobić, gdy chybotliwe światło  jedynej lampy naftowej rozmazywało nam przed oczyma cyfry i litery? I kto nam mógł pomóc, gdy czegoś nie zrozumieliśmy z zadanej
lekcji?
To wszystko dodatkowo zniechęcało nas do nauki, jak tylko więc udało nam się skończyć pomyślnie wszystkie obowiązkowe cztery oddziały, nasza edukacja, ku zadowoleniu naszym i naszych Rodziców,  dobiegała końca. W wieku 10- 12 lat uważani byliśmy za zdatnych, silnych robotników i od tej pory musieliśmy pracować na równi z dorosłymi.
Po zakończeniu nauki moim dwóm najstarszym Siostrom udało się dostać „na służbę”. Bardzo im zazdrościłam. Wydawało mi się, że gdzie indziej jest lepiej, dostatniej, że ludzie, których stać na służących nie cierpią niedostatku i nie pozwolą nikomu z domowników, za których uważało się również i służbę, głodować.
Ale jakże się myliłam! Gdy najpierw jedna z moich Sióstr, a potem druga z płaczem uciekły ze służby i na kolanach, ze łzami w oczach błagały mamę, aby wolno było im zostać w domu, moje wyobrażenia legły w gruzach. Siostry opowiadały, jak to nigdy nie najadały się  się do syta, jak Pani i Pan bez przerwy na nie krzyczeli, popychali a za najdrobniejsze przewinienie surowo karali Siostry miały tam też  pracy o wiele więcej niż w rodzinnym Domu. Nie miały również ani chwili odpoczynku, musiały harować od świtu do nocy, a za zapłatę dostawały trochę chleba i od czasu do czasu jakąś starą sukienkę po Pani.
Mama nie bardzo godziła się na pozostanie dorosłych, według ówczesnego pojęcia, Córek w domu. Nie było z nich dużego pożytku, a za to trzeba było je wykarmić. To nie to, że mama nie kochała swoich dzieci – kochała nas bardzo mocno, całą siłą swojego zmęczonego serca, ale jak tu wyżywić i ubrać taką liczną gromadę? Ale co było robić…Po jakimś czasie ulegała błaganiom dziewczynek  i przyjmowała pod swoje matczyne, dobre skrzydła  „dorosłe”  córki
Gdy wybuchła wojna miałam 8 lat. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, a może to tylko moja pamięć dobrotliwie zamknęła się na te straszne lata. Bo że były straszne, wiem z opowiadań mojej Rodziny. U mnie jednak gdzieś w podświadomości niejasno rysuje się tylko obraz  rżyska i mnie – schylona, aby jak najmniej było mnie widać, zbierałam pozostałe po żniwach kłosy. A czasem, gdy pole nie było jeszcze zżęte zdobywałam się na odwagę, nocą brałam nożyczki i obcinałam dojrzewające zboże. To było zabronione, bo przecież  była to kradzież, ale moja Mama zmuszona była patrzeć przez palce na te moje złodziejskie wyprawy.  Bo przecież po zmieleniu ziarna, które udało mi się uzbierać, można było upiec chleb i choć na jeden dzień zapchać wiecznie głodne żołądki
Tak więc wojna pozostała w moich wspomnieniach tylko mglistym wspomnieniem kołyszących się na wietrze łanów zbóż i ostrego rżyska.
Po wojnie nie bardzo było wiadomo, co zrobić z taką dorosłą, bo już 14 letnią dziewczyną jak ja. Na wsi nie było pracy, nie tylko dla mnie, ale w ogóle dla nikogo. Jak tylko więc  ukończyłam  15 lat, postanowiłam  usamodzielnić się i wyjechać na Pomorze, do mojej najstarszej, zamężnej już Siostry.
Nie była to dla mnie łatwa decyzja, bo, jak powiedziałam na początku, kochałam moją wieś. Kochałam rzeczkę,  w której mogłam się kąpać w upalne letnie dni, kochałam łany zboża  kołyszące się na wietrze, kochałam wiatr delikatnie pieszczący moje włosy, gdy samotnie pasłam gęsi na łące.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego wieś nie odwdzięczała mi się za tak olbrzymią miłość. Nie obdarowała mnie sytością, względnym dostatkiem, spokojnym dzieciństwem. Byłam za młoda, aby zrozumieć, że zostałam obdarzona aż nadto. Bo byłam wolna, w nielicznych chwilach mogłam swobodnie biegać po polach, wyjadać miód dzikich pszczół, kąpać do woli w lodowatej rzecze. Nie każdemu było dane zaznać takiej wolności.
Wyjechałam więc na Pomorze. To był dla mnie dobry okres – byłam młoda, ładna, wesoła. Nie miałam dużo obowiązków, bo moje wspaniałomyślna Siostra  starała oszczędzać mnie, jak mogła. Dobrze pamiętała ciężką pracę w gospodarstwie Rodziców – chciała, abym teraz miała czas tylko dla siebie, abym bawiła się, randkowała i w pełni korzystała z uroków młodości.
I ja z tej młodości jak mogłam, tak korzystałam. Chodziłam na zabawy, tańczyłam, umawiałam się
z chłopakami. Aż w końcu poznałam przystojnego żołnierza, który omotał mnie swoim czarującym uśmiechem  i   zgodziłam się wyjść za niego za mąż. Wtedy to po raz drugi musiałam opuścić miejsce, które kochałam,  i w wieku 21 lat wyprowadziłam się z Mężem do Wielkiego Miasta. Tam urodziłam dwoje dzieci i szybko  wtopiłam się w miastowe
życie.
Jednak miłość do wsi ciągle we mnie tkwiła. Obowiązki nie pozwalały mi na częste odwiedzanie rodzinnych stron, ale bardzo chciałam zaszczepić moim Dzieciom to umiłowanie. Wysyłałam je więc  co jakiś czas na wieś, do moich Rodziców. I zawsze z zapartym tchem słuchałam opowieści o tym, co się tam dzieje, co pozostało takie samo, a co się zmieniło.
Bo moja wieś z roku na rok zmieniała się. Najpierw otworzono w niej sklep. To było duże wydarzenie, bo jak dotąd do najbliższego sklepu szło się kilka kilometrów.
Potem lampy naftowe odeszły do lamusa. Wieś została zelektryfikowana. Trochę tego żałowałam, bo uwielbiałam niepewnie migoczący płomyk  naszej starej lampy, rzucający tajemnicze cienie na poczerniałe bele chaty. I cóż, że płomyk nie oświetlał porządnie całej izby? Za to ileż można było sobie wyobrazić zaszywszy się w zimowe wieczory w jakimś kącie!
Potem do wsi podciągnięto kanalizację. Nasza zmurszała,  kamienna studnia pamiętającą czasy praprapra – dziadków została zburzona i zasypana. Nie była już potrzebna.
Na koniec…cóż, na koniec, po śmierci mojego Ojca nasza chata wraz z całym obejściem została sprzedana, a Mama wyprowadziła się do jednej ze swoich licznych Córek.
To było dla mnie bardzo trudne. Bo choć wiedziałam, że  dla Mamy było to najlepsze wyjście, to jednak  czułam się tak, jakbym straciła podstawę, opokę, na której opierało się całe moje życie. Jakby pękła nić, która wiązała mnie z całą moją przeszłością, z trudnymi, ale przecież na swój sposób pięknymi latami dzieciństwa. Bo choć teraz byłam już Bardzo Dorosłą Kobietą, choć miałam Męża, Dzieci, to wiedziałam, że zawsze mogę wrócić tam, gdzie się wychowałam, gdzie powietrze pachniało wiatrem jak nigdzie indziej, gdzie jeszcze po polach rozlegał się mój śmiech a dym z  niegdysiejszych ognisk snuł się  między chatami w poszukiwaniu bawiących się przy nim dzieci.
A teraz nie zostało już nic. Zdecydowałam więc zamknąć rozdział mojego dzieciństwa i  nie pozwalałam wracać wspomnieniom.
Po pewnym czasie moja młodsza Córka zaczęła mnie wypytywać, jak to było, gdy byłam mała. Początkowo nie chciałam jej opowiadać, do tej pory nie wiem, dlaczego. Czy chciałam zachować cenne okruchy wspomnień tylko dla siebie?  Czy też były one za trudne i nie chciałam zaprzątać nimi głowy młodej dziewczyny?
Ale Córka tak nalegała, że w końcu zgodziłam się wrócić we wspomnieniach do dawnych lat. Opowiadałam jej o zawsze niezadowolonych gęsiach, które pasałam i których  tak bardzo się bałam, o szkole, w której dobry pan nauczyciel patrzył z wyrozumiałością na nasze nieuctwo, o pachnącej skórce od chleba, o biedzie, ale i o drobnych radościach  naszego trudnego życia.
I tak zrodziła się we mnie tęsknota za odwiedzeniem rodzinnych stron.Postanowiłam powrócić w świat dzieciństwa, który powoli w moich wspomnieniach stawał się światem bajecznym, zaczarowanym.
Któregoś dnia wsiadłam więc do samochodu i pojechałam. Nie chciałam mieć nikogo przy sobie, sama pragnęłam jeszcze raz, może już  ostatni, przeżyć swoje wspomnienia.
Gdy dojechałam na miejsce długo nie mogłam zdobyć się, aby wysiąść z samochodu. Bałam się tego, co mogę zastać? Zderzenia magicznych wspomnień z rzeczywistością?
W końcu zdobyłam się na odwagę i…
Nie powinnam była tu przyjeżdżać. To już nie był mój świat, moje życie. Znalazłam się w zupełnie innej, obcej rzeczywistości.
Gdzie była chata, w którym wychowywałam się razem z jedenaściorgiem wiecznie głodnych dzieciaków?
Gdzie była kuźnia, w której mój Ojciec – ułan podkuwał swojego konie?
-5-

Gdzie piwniczka na wzgórzu, w której latem przechowywało się mleko, aby zawsze było zimne?
Sad, w którym rosły stare jabłonie,   nie rodzące już prawie owoców?
Łąka, na której w nielicznych wolnych chwilach bawiły się wszystkie wiejskie dzieci?
I raptem…nie wierzyłam własnym oczom. W oddali zalśniło coś srebrzyście, zamigotało w słońcu. Zdjęłam buty i na bosaka, tak, jak niegdyś, pobiegłam po zielonej łące do maleńkiej, wijącej się
wśród splątanych krzewów i płaczących wierzb rzeczki.
I to właśnie tu, przy tej rzeczce odnalazłam swój smak, swoje promienie dzieciństwa. Zanurzyłam stopy w zimnej wodzie, pozwoliłam jej pieścić je delikatnym opływaniem. Zamknęłam oczy…
Czy naprawdę chciałam, aby przeszłość wróciła? Naprawdę pragnęłam przeżyć wszystko jeszcze raz?
Wystawiłam twarz na ciepłe promienie słońca i nagle zrozumiałam, że przeszłość nie może być teraźniejszością, że odeszła na zawsze i  na zawsze pozostanie tylko przeszłością.
Powoli podniosłam się i nie oglądając się za siebie poszłam do samochodu.
Nie wiem, ile lat życia  jeszcze przede mą. Ale  bez względu na to, jak długo jeszcze- lub jak krótko – będę żyła, ważna jest przede wszystkim przyszłość. A każdy kolejny dzień jest darem, niepowtarzalnym cudem, który powinnam przeżyć z całą radością, z całą intensywnością , na jaką mnie jeszcze stać.
A przeszłość, to trudna, bolesna przeszłość, choć tak myląco piękna we wspomnieniach, jest tylko przeszłością. Ale jest też trwałym fundamentem, na którym mogłam zbudować swoje życie.
I choć kiedyś wydawało mi się, że ten mój fundament jest słaby, chwiejny, to w ostatecznym rozrachunku zrozumiałam, że zrobił ze mnie silną, umiejącą sprostać przeciwnościom losu kobietę.
Zamknęłam więc po raz kolejny za sobą  drzwi i z ufnością zaczęłam oczekiwać  na to, co kryją za sobą następne.