Jesteś

JESTEŚ

Nie przychodzisz do mnie w snach brylantowych
Nie przychodzisz do mnie w zorzach purpurowych
Nie przychodzisz do mnie w marzeń zamgleniach
Nie przychodzisz do mnie w poświat  srebrzeniach.

Ale przychodzisz w złotych  jesieniach
W słodkich pieszczotach, nienasyceniach
W zapamiętaniach, dłoniach gorących,
W tęsknotach ciała, ustach pragnących.

Nie ma Cię w lekkim obłok płynięciu
W wiatru spowiciach,ognisk gaśnięciu
Nie ma Cię w  liści cichych szelestach
W klejnotach cennych,  z pereł agrestach.

Lecz jesteś ze mną w doli- niedoli
W życia płynięciu w wspólnej gondoli
Jesteś w radościach razem doznanych
I dzieciach pięknych, co z sobą mamy.

Wybór

W Y B Ó R

Zgiętymi w łokciach rękoma opierała się o soczystą, ciemno – seledynową trawę. Nogi wyciągnęła daleko przed siebie  dając im możliwość jak najlepszego wypoczynku. Pomarszczoną twarz o zawsze życzliwym, dobrym uśmiechu uniosła ku ostatnim ciepłym promieniom wrześniowego słońca prześwitującym przez zielony baldachim  przydrożnego drzewa.
Znałam ją bardzo mało. Ale to ona   wesoło pomachała mi dłonią, jeszcze przecież obcej,  gdy bardzo przejęta i szczęśliwa po raz pierwszy stanęłam  na  balkonie świeżo zakupionego Domu.
To ona  siedząc w swoim uroczym ogródku  na niziutkim krzesełku  witała mnie pogodnie, wracającą zmęczona z pracy, i dodawała mi otuchy kilkoma ciepłymi, życzliwymi słowami.
To ona częstowała mnie swoimi pięknymi, granatowymi winogronami, które jakby specjalnie w podzięce dla jej dobrego serca i życzliwości co roku owocowały tak obficie.
To ona wreszcie całym swoim zmęczonym, spracowanym sercem kochała- o wiele, wiele bardziej, niż ja – naszą niewygodną, maleńką uliczkę, nasze rzadkie lasy, wiecznie ujadające psy i zakwitające  wiosną kolorowe tulipany.
Kochała to wszystko tak bardzo, że nie potrafiła, nie mogła, zostawić  miejsca, w którym się urodziła, w którym spędziła całe swoje pracowite życie – słodkie dzieciństwo, beztroską młodość, cudowne narodziny  dzieci. Gdzie poczuła pierwsze oznaki  nieubłaganie zbliżającej się starości.
I gdzie ta starość w końcu zapukała do jej drzwi.
Nie potrafiła, choć wiedziała, jak wielkim w tej swojej coraz bardziej niedołężnej starości  jest ciężarem dla swoich dzieci.
A teraz oto leżała spokojnie na trawie sprawiając wrażenie, że położyła się tu  tylko na chwilę, że zapragnęła tylko zaczerpnąć radość i siłę z zawsze dla niej przyjaznej ziemi.
Przechodząc obok uśmiechnęłam się do niej  na przywitanie, skinęłam uprzejmie głową, a ona odpowiedziała mi tym samym. Byłabym poszła dalej, gdyby coś mnie w jej widoku nie zastanowiło. Czy był to trochę mniej pogodny  uśmiech? Czy ledwie widoczny żal w oczach?  Czy sposób, zupełnie dla niej niepodobny, w jaki odprowadzała mnie, wiecznie spieszącą się, wiecznie zaaferowaną,   zawiedzionym  wzrokiem?
Nie wiem. Ale nagle  zatrzymałam się i spytałam :
- Wygrzewa  się pani na słoneczku?
- Nie…Tylko tak mnie jakoś…sparaliżowało.
Nie powiedziała nic więcej. Żadne słowo skargi nie wydobyło się z jej ust., żadna prośba nie została wypowiedziana…

Nie chciała być  ciężarem…ale była.
Nie chciała  zawadzać…ale zawadzała.
Nie chciała być  wyrzutem sumienia…ale była.
Nie chciała swoim uporem, do którego miała prawo, odbierać spokój bliskim, do którego oni mają prawo.
Nie chciała…
Ale była…

Jak pogodzić?

Natan i konik

NATAN  I  KONIK

wiersz ten napisałam dla ciotecznego wnuczka mojego Męża – uroczego Natanka

Raz Natanek był na łące
Ale zaraz tutaj wtrącę
Że nie sam był, lecz z Mamunią,
Tatą, Dziadkiem i Siostrunią.
Rozłożyli koc na trawie
„Zaraz ja was tu zabawię”
Rzecze Tata. Lecz Natanek
- Bo to ciepły był poranek-
Zrzucił buty i powiedział:
„Nie będę tu z wami siedział
Bo słyszałem, że koniki
W trawie robią fiki – miki.
Ja na takim chce pojeździć
W jego siodle się zagnieździć.
Idę szukać”. Lecz nie znalazł
Bo w tym cały jest ambaras
Że to polne są koniki
Te, co robią fiki – miki.
Małe tak, jak trawy ździebka,
I nie żadne są z nich źrebka
Lecz owady, co na łące
Gdzie są kwiaty te pachnące,
Na swych nogach długich skaczą,
Konie prawdziwe udają.
Jak to Dziadek opowiedział
Natan tam, gdzie teraz siedział
Zaraz usiadł i z rozpaczy
Trawę łzami wnet naznaczył.
Lecz go Mama pocieszyła.
Najpierw mocno przytuliła
Potem rzekła: „Drogi Synku,
Wiem to, że na miejskim rynku
Stoi stragan z ubraniami
I dla dzieci zabawkami.
Tam kupimy ci konika
Abyś na nim śmiało brykał.
Jest on taki, jak prawdziwy.
Lecz choć wygląda, jak żywy,
Tym się różni od polnego
I od tego prawdziwego
Że dla dzieci przeznaczony.
A by malec rozbawiony
Na koniku bujać się chciał,
Z jego siodła wnet nie zleciał,
Przyczepiono doń bieguny
Bezpieczeństwa dwa piastuny.”
I jak rzekła, tak zrobili:
Zaraz konika nabyli.
Od tej pory mały Natan
Z tą zabawką tak się zbratał
Że by chciał się do wieczora
Na nim bujać. Lecz snu pora
Przerywała to bujanie
I z konikiem figlowanie.
Mały Natan  szybko pojął
Że by bawić się wesoło,
Trza zabawkę mieć właściwą
I dla dzieci – a nie żywą.

Otulenia

OTULENIA

Otulacie mnie miłością,
Siłą Waszą i radością.
Byłam dla Was najważniejsza
Gdy choroba najtrudniejsza
Objęła mnie swoją mocą.
Gdy złe myśli miałam nocą
A w dzień cierpień przeżywanie
Wasze do mnie ukochanie
Pozwoliło mi uwierzyć
Że mnie czeka wiele przeżyć
Tak wspaniałych, że żyć warto,
Z losem zmierzyć się znów hardo,
Walczyć dla Was i o siebie,
Że me miejsce nie jest w Niebie,
Ale przy Was, tu, na Ziemi
I że tego nic nie zmieni.

Otulacie mnie dobrocią
Uczuć Waszych, swoją mocą.
Dzięki Wam jestem bezpieczna
I ja, kiedyś tak stateczna
Mogę wreszcie stać się  sobą,
Mogę Waszą być ozdobą.
Wasza radość, miłość Wasza
Złotem każdy dzień okrasza,
Blaskiem tęczy go spowija,
I ma ufność nie przemija.

A w mej duszy tany śpiewne,
A w mym sercu  skrzypce rzewne.

Dzięki Wam to otrzymałam,
Dzięki Wam wszystko poznałam.

Kocham Was najbardziej w świecie
I ni burze ni zamiecie
Nie są w stanie tego zdziałać
By ma miłość być przestała.
Bo jesteście, Ukochani,
Darem losu mym wyśnionym.