Jaśminowe niezapomnienie

JAŚMINOWE  NIEZAPOMNIENIE

Jakże mogę o Tobie zapomnieć
Gdy mi jaśmin  pachnie pod oknem
I mnie białą słodyczą całuje
A z nim świat cały cudnie wiruje?

Gdym wracała z bytu – niebytu
Pełna lęku, złorzeczeń i krzyku
Gdym w proteście wznosiła ramiona
Byłam w gniewie swym nieujarzmiona.

Wtedy jaśmin motylem mnie musnął
Wonią cudną z przestworzy nadpłynął
Słone łzy mi scałował z policzków
Dał tysiące miłosnych dotyków.

I pogodził mnie z losem nie moim
I spokojem obdarzył mnie swoim
Dał mi siłę i słodkie wspomnienia
I na powrót przywrócił marzenia.

Jakże mogę o Tobie zapomnieć
Gdy mi jaśmin Twój pachnie pod oknem?

Wspomnienie

WSPOMNIENIE

Mojemu Mężowi

Wspomnieniem jest lato jak morze szumiące
I wierzby nad rzeką tęsknotą płaczące
I chatka drewniana w lesie zagubiona
I z jarmarku chusta wiatrem przepojona

Wspomnieniem jest przyjaźń, jaka się nie zdarza
I w podróż zabranie przez z bajki żeglarza
I lalka cudowna, sercem nasycona
I łąka puszysta, tęczami kwiecona.

Wspomnieniem jest miłość jak gazela płocha
I od skał odbite cudowności echa
I niebo z gwiazdami pocałunki ślące
I zauroczenia pragnieniami drżące.

Ale Ty wspomnieniem nigdy się nie staniesz
Bo jesteś mą siłą, moim ukochaniem
I to dzięki Tobie lśnię jak promyk słońca
I tylko dla Ciebie chcę być zawsze lśniąca.

Mój Przyjacielu

MÓJ  PRZYJACIELU

dla Henryka

Gdyś w niebyt wstępował wbrew Kalyany woli
Gdy gwiazdy w Twym sercu już gasły powoli
Jam z lękiem wsłuchana w muzyki milczenie
Byłam cała trwogą i czekania drżeniem.

Kiedyś mnie chroniłeś przed złymi burzami
Otaczałeś ciepłem, siły ramionami
Wygładzałeś z czoła zmarszczki zatroskania
A ja wciąż niesyta byłam Twojego oddania.

Potem nietoperze ciszy Cię zabrały
W obu naszych sercach z sobą się zbratały
Choć w każdym inaczej – w każdym bólem były
W Twoim nieistnieniem, w moim łzami lśniły.

Ale powróciłeś z  dalekiej otchłani
Wyrwałeś się śmierci, co kusi i mani
Tysiąc razy jeszcze bitwy z nią staczałeś
Aż ją zwyciężyłeś i na powrót stałeś.

Teraz Bogu w podzięce miłość swą darujesz
Całe bujne życie jak krawiec nicujesz
A ja razem z Tobą chcę się Panu kłaniać
Z radości, żeś wrócił, z życia miłowania.

Kamień

KAMIEŃ

Leżał przy drodze. Szary, miejscami kanciasty,  miejscami wygładzony przez dmuchające nań zimne wiatry czuł się zapomniany, niepotrzebny. Bo choć wydawało się, że  miał wszystko, co mu  było potrzebne – ciepło słonecznych dni, zapach polnych kwiatów, miękkość  trawy – to do pełnego szczęścia brakowało mu jeszcze czegoś.
Bo oto leżał  tak  od wielu już lat, pragnąc z całej mocy  swego gorącego, kamiennego serca, aby zjawił się  ktoś, kto go przytuli, ogrzeje, uspokoi jego złaknioną przyjaźni, niespokojną duszę.
I gdy już zupełnie stracił nadzieję, gdy już zaczął przyzwyczajać się do swojej samotności, gdy nakazał umilknąć swemu   tęskniącemu sercu, na drodze pojawiła się Kobieta. Szła powoli, ostrożnie, od czasu do czasu rozglądając się na boki, jakby dziwiąc się, po co po raz kolejny pojawiła się na drodze.
Wiele  już razy tak właśnie tędy przechodziła, wiele razy usiłowała  dostrzec to, co dostrzec powinna,  a czego dostrzec do tej pory  nie zdołała. Wiedziała, że jutro znów tu przyjdzie, że  przyjdzie   każdego  następnego dnia dopóki nie odnajdzie tego, co  odnaleźć musiała, a co – przeczuwała – od dawna  na nią czekało.
I dziś zapewne jak zwykle przeszłaby  obojętnie koło szarego  kamienia,  gdyby nie porzucony na drodze korzeń. Kobieta potknęła się o niego, zachwiała i z całym impetem wpadła na kamień. Na chwilę zamarła z trwogi a potem odgarnęła z twarzy brązowe włosy i po raz pierwszy spojrzała uważniej na kamień.
A choć był nijaki, zwyczajny, Kobieta dostrzegła  jego niezwykłą duszę. I zapragnęła go mieć dla siebie, zapragnęła wydobyć z niego  ukryte piękno. Poczuć, jak bije jego serce, objąć swoimi  przyjaznymi  dłońmi, wygładzić niepotrzebne kanty. Ujęła go  więc ostrożnie w obie dłonie i miękką chusteczką tak długo polerowała jego ostre brzegi, tak długo ogrzewała go swoim ciepłem, aż  kamień rozbłysnął   całym swoim wewnętrznym światłem.
I kiedy Kobieta pochyliła się nad nim, kamień w jej dobrych, piwnych oczach ujrzał  siebie.
A ona na jego  błyszczącej  powierzchni dostrzegła swoje odbicie.

Napisałam 23.12.2007r.

Zabawka

ZABAWKA

Była tak słodką, śliczną i łagodną
Że każdy,  kto ujrzał  jej ócz smutne otchłanie
Pragnął w opiekę wziąć lalkę urodną
I odtąd dla siebie mieć jej posiadanie.

Lecz ona nie lalką była, lecz człowiekiem
I w sobie miała uczuć oceany
A przyjaźń przeczysta była jej marzeniem
Która świat odkryć miała dla niej niepoznany.

Więc lgnęła do tego, kto ją lubić zechciał
Darząc go czułością serca wrażliwego
I nikt na świecie nigdy przedtem  nie miał
Tego, co ona dawała z bogactwa swojego.

Lecz jakież to fatum nad nią wciąż wisiało
Że ci, których kochała, znikali w nieznanem?
Czy siły im brakło, czy uczuć nie stało
Gdy przyjaźń zmieniali na serc niekochanie?

I chociaż w niej gasło uczucie żarliwe
Tak mocno zraniona miała wciąż nadzieję
Że kiedyś odnajdzie uczucie prawdziwe
…Bo przecież nie lalką była, lecz człowiekiem.

Za dużo chciałam

ZA  DUŻO  CHCIAŁAM

Za dużo chciałam mieć nieba w niebie
Za  dużo chciałam w miłości dać siebie
Za dużo chciałam  szaleństw przeżywać
Za bardzo chciałam w przyjaźń ulatywać.

Życiem swoim wciąż nienasycona
Z amora pragnień  nie wyzwolona
Jak motyl, co w świecy spala się w płomieniach
Tak ja tańczyłam w żarach i olśnieniach.

—————-

Gdy ma nić istnienia pajęczą się stała
Kiedy Helle żąda, bym się doń udała
Jak łagodna fala przyszło zrozumienie
Że nigdy dość pragnień – bo życie jest mgnieniem.

…Za mało chciałam mieć nieba w niebie
Za mało chciałam w miłości dać siebie
Za mało chciałam szaleństw przeżywać
Za mało chciałam w przyjaźń ulatywać…

Wybór

W Y B Ó R

Zgiętymi w łokciach rękoma opierała się o soczystą, ciemno – seledynową trawę. Nogi wyciągnęła daleko przed siebie  dając im możliwość jak najlepszego wypoczynku. Pomarszczoną twarz o zawsze życzliwym, dobrym uśmiechu uniosła ku ostatnim ciepłym promieniom wrześniowego słońca prześwitującym przez zielony baldachim  przydrożnego drzewa.
Znałam ją bardzo mało. Ale to ona   wesoło pomachała mi dłonią, jeszcze przecież obcej,  gdy bardzo przejęta i szczęśliwa po raz pierwszy stanęłam  na  balkonie świeżo zakupionego Domu.
To ona  siedząc w swoim uroczym ogródku  na niziutkim krzesełku  witała mnie pogodnie, wracającą zmęczona z pracy, i dodawała mi otuchy kilkoma ciepłymi, życzliwymi słowami.
To ona częstowała mnie swoimi pięknymi, granatowymi winogronami, które jakby specjalnie w podzięce dla jej dobrego serca i życzliwości co roku owocowały tak obficie.
To ona wreszcie całym swoim zmęczonym, spracowanym sercem kochała- o wiele, wiele bardziej, niż ja – naszą niewygodną, maleńką uliczkę, nasze rzadkie lasy, wiecznie ujadające psy i zakwitające  wiosną kolorowe tulipany.
Kochała to wszystko tak bardzo, że nie potrafiła, nie mogła, zostawić  miejsca, w którym się urodziła, w którym spędziła całe swoje pracowite życie – słodkie dzieciństwo, beztroską młodość, cudowne narodziny  dzieci. Gdzie poczuła pierwsze oznaki  nieubłaganie zbliżającej się starości.
I gdzie ta starość w końcu zapukała do jej drzwi.
Nie potrafiła, choć wiedziała, jak wielkim w tej swojej coraz bardziej niedołężnej starości  jest ciężarem dla swoich dzieci.
A teraz oto leżała spokojnie na trawie sprawiając wrażenie, że położyła się tu  tylko na chwilę, że zapragnęła tylko zaczerpnąć radość i siłę z zawsze dla niej przyjaznej ziemi.
Przechodząc obok uśmiechnęłam się do niej  na przywitanie, skinęłam uprzejmie głową, a ona odpowiedziała mi tym samym. Byłabym poszła dalej, gdyby coś mnie w jej widoku nie zastanowiło. Czy był to trochę mniej pogodny  uśmiech? Czy ledwie widoczny żal w oczach?  Czy sposób, zupełnie dla niej niepodobny, w jaki odprowadzała mnie, wiecznie spieszącą się, wiecznie zaaferowaną,   zawiedzionym  wzrokiem?
Nie wiem. Ale nagle  zatrzymałam się i spytałam :
- Wygrzewa  się pani na słoneczku?
- Nie…Tylko tak mnie jakoś…sparaliżowało.
Nie powiedziała nic więcej. Żadne słowo skargi nie wydobyło się z jej ust., żadna prośba nie została wypowiedziana…

Nie chciała być  ciężarem…ale była.
Nie chciała  zawadzać…ale zawadzała.
Nie chciała być  wyrzutem sumienia…ale była.
Nie chciała swoim uporem, do którego miała prawo, odbierać spokój bliskim, do którego oni mają prawo.
Nie chciała…
Ale była…

Jak pogodzić?

Granice

GRANICE

Gdzie jest granica miłości z przyjaźnią?
Gdym zapatrzona w Twe oczy co jasną
Poświatą z moimi słodko się splatają
Nie wiem, czy przyjaźń czy miłość wyznają.

Gdzie jest granica bólu z rozkoszą?
Gdy w ramionach kochanka leżę gwiezdną nocą
I pragnę, by mocno tulił mnie do siebie
Nie wiem, czy z bólu, czy z rozkoszy znajduję się  w niebie.

Gdzie jest granica prawdy z udawaniem?
Gdy w dnie długie jestem w rozpaczy czekaniem
A słowa lekarza mają mnie ukoić
Nie wiem, czy chce mnie prawdą czy fałszem uspokoić.

Gdzie jest granica dumy z poniżeniem?
Gdy dłonią wskazuję talerz z mym jedzeniem
Bo siebie nakarmić już nie jestem stanie
Nie wiem, czy to moja mądrość czy dumy skonanie.

Gdzie są te granice, jak wykryć je mogę,
Jak mam do nich dotrzeć, znajść sekretną drogę?
Nie chcę ich przekraczać, pragnę, aby jasne były
I swym złudnym blaskiem mnie nie uwodziły.

Anny dary Przyjaźni

ANNY  DARY  PRZYJAŹNI

Dziękuję Ci za to, żeś mnie żyć uczyła,
Pokazała ścieżki, o jakich nie śniłam,
Swą do mnie Przyjaźnią na zawsze sprawiłaś
Że za sobą  węzły, burze zastawiłam.

Z miłości uplotłaś cokół tak wysoki
By mnie nie dosięgły złe losy, złe drogi.
Wlałaś w moją duszę siłę i rozwagę,
Radość i pragnienia, dumę i odwagę.

To z Tobą się śmiałam w dni smutne, posępne
Boś złe myśli chciała odegnać ode mnie.
A gdy dni  słoneczne, złociste nastały
W takt  wspólnej radości dusze nasze grały.

Jak tego dokonać, by tak właśnie było
Tyś mnie wciąż uczyła -  i to się zdarzyło.
Teraz dzięki Tobie bliskich mi obdarzam
Tym, co w  darze pięknym od Ciebie dostałam.