Złote kaczeńce

ZŁOTE  KACZEŃCE

Popatrz, jak  pięknie dziś świeci słońce
Więc wepnij we włosy złote kaczeńce
Pozwól się muskać Zefira tchnieniom
Poddaj się morza błękitnym lśnieniom.

Zatańcz na niebie z tęcz obłokami
Roziskrzyj suknię snów kolorami
Niech Cię w ramionach księżyc unosi
Niech Cię do szaleństw Eros zaprosi.

Łuną pragnienia swoje rozjaśnij
Serca kochanków podstępnie skradnij
Bo w co najcudniejsze jesteś  bogata.
Bo jesteś Królową całego świata.

Cztery żywioły – preludium

CZTERY  ŻYWIOŁY – PRELUDIUM

Pokornie się kłaniam wszystkim mym żywiołom
Co we mnie gorzeją zgodnie z Nieba wolą.
Każdy mnie spowija, roznieca na nowo
Życie moje barwi wstęgą purpurową.

Jeden jest jak mocarz, jak wieczyste trwanie
Czerpię więc od niego życia miłowanie.
A gdy już nie będę, w nicość się obrócę
Wiem, że swoją miłość w życiu Bliskich zwrócę.

Drugi jest jak tchnienie, jak  mgiełka przestworzy
Która mnie otuli, ciszą swą otoczy.
Lecz wiem, że ta mgiełka, to zefira tchnienie
Zamienia się dla mnie w kakofonii brzmienie.

Trzeci jest jak olbrzym wiecznie niespokojny
Co wbrew swym pragnieniom nigdy nie jest wolny.
Ale choć w wolności, w dzikości głuszony
To przecież do końca nie jest ujarzmiony.

Czwarty jest jak lśnienia, jak błyski tajemne
Które są w powabie, w swym przepychu zmienne.
Ten ostatni żywioł sercu mi najbliższy
Więc go w sobie noszę jak brylant najczystszy.

Gdyby nie żywioły – sobą bym nie była,
Może by być taką tylko bym marzyła
A więc się dlatego im pokornie kłaniam
I w duszy głęboko na zawsze się bratam.

11 Brzóz

11  BRZÓZ

Stały szeregiem nad brzegiem rzeki.  Spowite  przezroczystym rozedrganiem jesiennego poranka w zachwyceniu wyciągały smukłe ramiona ku bezchmurnemu niebu. Jeszcze przesiąknięte  nocnym chłodem już splatały swoje wątłe gałązki,  już tuliły się do siebie jak 11 nierozłącznych sióstr, którymi w swoim bajkowym świecie przecież były.
Poranne słońce oświetliło to siostrzane ukochanie, roztańczyło  delikatnym bursztynkiem na  drgających jeszcze z granatowego rozespania liściach, musnęło miodowym pocałunkiem  srebrzystą korę.
11 brzozowych sióstr zaszumiało,  westchnęło niesłyszalnym  westchnieniem leśnej drady, uczesało delikatnym tchnieniem zefirku,  zaśpiewało słodko na powitanie budzącego się poranka  i zastygło w bezruchym oczekiwaniu.
Bo oto świat wokół nich w pierwszych nieśmiałych przygotowaniach do  kolejnego, czarownego dnia zaczął  przecierać zaspane oczy. Trawa rozświetliła się od  pieszczoty chłodnej rosy, rozpluskała srebrną falą woda w rzece, zaśpiewał tęsknie maleńki, szary skowronek.
11 sióstr przejrzało się w lustrzanych wodach, na moment zanurzyło listeczki w ich orzeźwiającym aksamicie i spojrzało w górę.
A tam wysoko, wysoko  mknęły jak błyskawice białe strzały. Samotne  w swym olśniewającym, łabędzim pięknie na chwilę zawładnęły  królestwem niebios.
Potem cichutko opadły na zieloną trawę i wygięły dumne szyje w niemym zapytaniu.
A wtedy nowy dzień  otworzył swoje zaczarowane podwoje.